Poniższy artykuł ukazał się pierwotnie 27- ego lutego bierzącego roku. Jednak nie zagościł w internecie zbyt długo. Zapraszam do ponownej lektury.
Od małego kibicuję Lechii Gdańsk. W minionych dniach, ku mojemu zdziwieniu, ogromna ilość moich fejsbukowych znajomych okazała się fanatykami Arkii Gdynia! Ci z czytelników, którzy chociaż trochę znają się na polskim futbolu wiedzą, że te dwa kluby za sobą nie przepadają. Chodziło oczywiście o żółto-niebieskie barwy Arkii. Moje zdziwienie pogłębiło się tym bardziej, kiedy doszedłem do wniosku że to de facto moi rodacy solidaryzujący się z jednym z naszych wschodnich sąsiadów. Narodem samookreślającym się jako ukraiński.
24-tego lutego na naszych łamach ukazał się artykuł Konrada Rękasa pt. Ukraina. Po denazyfikacji – repolonizacja? Autor, nie bojący się publicznego wypowiadania swoich poglądów (co jest dzisiaj rzadkością) spotkał się z dosyć ostrą krytyką niektórych z naszych czytelników. Krytyka jako taka jest oczywiście zawsze mile widziana, jednak pokaz chamstwa, którego doświadczyliśmy, niegodzien jest ludzi cywilizowanych. Jako redaktor naczelny naszego skromnego portalu chciałbym zaznaczyć i przypomnieć, że w zakresie polityki bieżącej MK nie posiada tak zwanego wspólnego stanowiska. Nigdy tak nie było. A zatem, przypuszczalnie, spotkacie się jeszcze państwo z odmiennymi punkatmi widzenia na temat konfliktu ukraińskiego na wirtualnych łamach MK. Osobiście, zgadzam się z diagnozą kolegi Rękasa. Co nie do końca i nie przez wszystkich członków redakcji zostało odebrane pozytywnie.
Dlaczego się z nim zgadzam? Zacznijmy od podstaw. Polskie myślenie o kraju Tryzuba wychodzi z błędnej koncepcji istoty tego tworu. Po pierwsze, tzw. Ukraina jako taka, a w obecych jej granicach w szczególności, jest sztucznym tworem, zajmującym między innymi połacie polskich ziem, odebranych nam przez Związek Sowiecki w konsekwencji IIWŚ. Ukraińcy zaś sztucznym narodem. Nawet Ci, uważający siebie za najbardziej rasowych „Ukraińców”, opierają się na steku kłamstw, fałszerstw historii, przekręcaniu faktów i zupełnym nieliczeniu się z rzeczywistością.
O których ziemiach mowa? Dla przykładu, jak pisał redaktor Jastrzębski w przedwojennej Pobudce: „(...) stwierdzić należy, że nigdy na przestrzeni całych dziejów, nie była oznaczona nazwą Ukraina Ziemia Czerwieńska. Dlatego też, opierając się na najsumienniejszych studiach i badaniach najstarszych map, tudzież innych źródeł, trzeba powiedzieć, że „stosowanie nazwy Ukraina jest właściwe i zgodne z prawdą historyczną jedynie dla oznaczenia obszarów nad Bohem i Dnieprem. Położona na zachód od Ukrainy Ziemia Czerwieńska posiada odrębną historię; stanowiła ona od czasów piastowskich istotną i nieodłączną część terytorium polskiego, gdy tymczasem Ukraina do XVI w. przedstawiała pustynię, położoną na pograniczu między Polską, Moskwą a Siedmiogrodem”. To samo trzeba powiedzieć, jeżeli się weźmie pod uwagę zasięg języka ukraińskiego. Ukraiński uczony I. Ziłyński wykazał, „że granica zasięgu języka ukraińskiego pokrywa się mniej więcej z historyczną granicą Ukrainy, położonej na Wschód od Górnego Bohu i dalszego Dniestru”.
To samo tyczy się samych Ukraińców. Moja babcia, mama Ojca, Maria Iwanowna Bondarenko, rodowita charkowianka, uważała się za Rusinkę uważając, że ukrainizm to najgorsza rzecz, jaka spotkała jej pokolenie. Ukrainizm, jako ruch polityczny, prowadził wszechstronną propagandę nazwy „ukraina, ukraineć, ukraińśkyj” i trzeba przyznać, że propaganda owa dała mu dobre rezultaty. Dzisiaj to Ukrainiec zamiast prastary Rusin jest w użytku powszechnym. Uważam jednak że powinniśmy stanowczo wrócić do nazwy starej i tylko jej używać. Dlaczego? Raz jeszcze p. Jastrzębski: po pierwsze dlatego, że nazwa ta dla ludności ruskiej na naszych ziemiach ma uzasadnienie historyczne. Rusinami nazywaliśmy ich przez setki lat, a nie „Ukraińcami”. Nazwa „Ukrainiec” w żadnym okresie naszych dziejów nie odnosiła się do ludności ruskiej, mieszkającej na naszych ziemiach południowo-wschodnich czy ziemi wołyńskiej.
Po drugie dlatego, że nazwa Rusin nie zawiera w sobie tej pełnej jadu treści, jak nazwa „Ukrainiec”. Z Rusinem żyliśmy całe wieki, zapisując niejedną piękną wspólną kartę pracy, krwi i ofiar dla wspólnej Ojczyzny. Mimo nawet sąsiedzkich zwad i nieporozumień, które zresztą i w najlepszej rodzinie się trafiają, nauczyliśmy się patrzeć na Rusina, jak na młodszego brata. Kochaliśmy go i rozumieliśmy się. Zjawienie się zaś u nas typu „Ukraińca” zbiega się z okresem naszej niewoli i szczucia na nas przez podstępnego wroga Rusinów, których przemianowano na „Ukraińców”. Z nazwą „Ukrainiec” na naszych ziemiach łączy się tylko wspomnienie nienawiści do Polski, walk, a nawet zbrodni. Sądzę, że zbyteczne dłużej o tym pisać! Wystarczy chyba że w tym miejscu przytoczę nierozliczoną rzeź wołyńską. Czy z rzeczy świeższych, ogłoszenie przez deputowanych lwowskiej rady obwodowej roku 2022 rokiem UPA w związku z mijącą 80 rocznicą jej utworzenia. Jak również ze względu na jej „istotny wkład w ukraiński wyzwoleńczo-rewolucyjny ruch doby II wojny światowej (sic!). W końcu, obecnej polityki historycznej Ukrainy która propaguje UPA oraz popularyzuje jako bohatera Stepana Banderę.
Ostatecznie, uważam że jest rzeczą śmieszną i tchórzliwą, świadczącą o naszej słabości, że daliśmy sobie narzucić używanie nazw, do któych powinniśmy czuć uzasadniony wstręt, tak z racji ich powstania, jak i z racji ich wrogiej i krwawej, pełnej nienawiści do nas, historii na ziemiach Rzeczypospolitej Polskiej.
Wracając do spraw bieżących. Wylew sympatii i współczucia dla ofiar cywilnych jakiegokolwiek konfliktu zbrojnego jest jak najbardziej zrozumiały. Ale czy nasi rodzimi symaptycy tzw. Ukrainców oblepiali swoje profile społecznościowe flagami Donbasu przez ostanie 8 lat? Osiem lat, przez które ludzie w Donbasie nie zaznali dnia pokoju, bo rząd w Kijowie zdecydował, że są terrorystami?
Jak wtedy postępować, kiedy za naszą granicą toczy się wojna?
Weźmy przykład z innych i najwidoczniej mądrzejszych. Węgry oświadczyły że wraz z sojusznikami z Unii Europejskiej i NATO potępiają militarne działania Rosji wobec Ukrainy. Tym samym podkreślając, że muszą się trzymać z dala od tego konfliktu, gdyż „dla nas najważniejsze jest bezpieczeństwo Węgrów. Dlatego nie ma mowy, byśmy wysłali na Ukrainę czy to żołnierzy, czy sprzęt wojskowy”. Zapewniły natomiast, że Węgry dostarczą niezbędnej pomocy humanitarnej. Z kolei prezydent Rumunii Klaus Iohannis ogłosił, że jego kraj nie włączy się w działania zbrojne na zaatakowanej przez Rosję Ukrainie. Zapewnił jednak, że Bukareszt jest gotowy do udzielenia pomocy humanitarnej swojemu sąsiadowi. Warszawa natomiast od samego początku używa wojennej retoryki wobec Rosji i proklamuje, że atak na Ukrainę równa się atakowi na Polskę. Tylko czekać kiedy ogłosi pobór powszechny w imieniu wolności naszej i waszej. A sprawa jest przecież tak logicznie prosta. Zachowywać dystans. Obserwować. Dbać o przysłowiowe swoje i swoich.
I co dalej?
Stabilność państwowa Ukrainy sypie się. I choć media pompują nas przykładami nieugiętości ducha i spójności tożsamościowej Ukraińców, w porównaniu z narodami prawdziwie historycznymi ów duch i spójność są jedynie ograniczonym poczuciem patriotyzmu i tożsamości państwowej.
Dlatego jej ostateczny rozpad czy podział nie będzie dla mnie czymś zaskakującym. Raz jeszce, Polska powinna przede wszystkim obserwować i przewidywać potencjalne scenariusze. Również ten w ramach którego dojdzie do rozpadu Ukrainy na mniejsze podmioty. Być gotową na wszystko, bez prowokacji z naszej strony. Bez wymachiwania szabelką.
Powinniśmy liczyć się ze wszytkim. Z możliwością przyłączenia części Ukrainy do Polski. Przyłączenia z własnej woli, przecież takie uczucia nie są obce Ukraińcom. Należy także wziąć pod uwagę możliwość jakieś formy "unii". Te scenariusze nie należą do sfery sci-fi (jak to skomentował nie jeden z moich oponentów). Czy ktoś mógł definitywnie przewidzieć rozpad ZSRS w latach 80-tych ubiegłego wieku? Nie takie przecież rzeczy się działy w historii naszej części Europy. Tak, uważam, że Lwów może wrócić do Macierzy.
Jakkolwiek ułoży się sytuacja, dla nas powinny liczyć się egoistyczne interesy Polski i Polaków. Chociaż raz.
Komentarze
Prześlij komentarz